Gdyby poważnie potraktowano przepisy karzące za zakłady bukmacherskie w internecie, w roku 2008 więzienia mogą się zapełnić kibicami.

Latem na boiska Austrii i Szwajcarii wybiegną piłkarze 16 narodowych reprezentacji Europy. Zmierzą się w europejskim czempionacie. Bacznie będą się mu przyglądać miliony kibiców, również w Polsce.

U nas mogą to być jednak mistrzostwa specyficzne, bo oglądane zza krat przez osoby ukarane nie za stadionowe wybryki, ale za... klikanie w sieci.Nad Wisłą obowiązują bowiem najbardziej bodaj w Europie restrykcyjne przepisy związane z hazardem. Ustawa o grach losowych i zakładach wzajemnych stanowi, że w Polsce hazardu nie można reklamować ani organizować bez zezwolenia. Zajmując się zaś tym rodzajem biznesu, można legalnie działać wyłącznie na warunkach określonych w ustawie. Ta natomiast, chociaż nowelizowana już w XXI wieku, o internecie jeszcze nie wspomina. Zatem formalnie w sieci hazard u nas... nie istnieje. Jak jest w rzeczywistości - wie każdy. Cierpią na tym tylko rodzimi przedsiębiorcy, mogący się jedynie przyglądać, jak zarabiają ich zagraniczni konkurenci. Dlatego wszystkie funkcjonujące w Polsce strony tego typu mają swe serwery za granicą. Tam ustawa już nie sięga, tyle że do komputera ustawionego na przykład w mieszkaniu w Warszawie - i owszem. A to komplikuje sprawę, gdyż penalizowana jest nie tylko działalność gospodarcza, ale i zwykłe uczestnictwo.W rezultacie każdy, kto obstawi za kilka dolarów w sieci wynik meczu (Polska zakwalifikowała się do mistrzostw, a więc i popularność internetowych bukmacherów wzrośnie), stanie się potencjalnym przestępcą.

Zgodnie z kodeksem karnym skarbowym "karze podlega, kto na terytorium RP uczestniczy w zagranicznej grze losowej lub zagranicznym zakładzie wzajemnym".A konsekwencje są niemałe: zgodnie ze wspomnianym kodeksem - kara grzywny do 720 stawek dziennych albo pozbawienia wolności do lat trzech lub obie kary łącznie. Do tego przepadkowi może ulec mienie służące do popełnienia przestępstwa. Najprawdopodobniej chodzi tu o komputer, choć można mieć poważne wątpliwości, czy ustawodawca w ogóle już wie o istnieniu takiego wynalazku.

Tak czy owak, przepisy obowiązują i tylko czekać, jak w ich sieć, niczym piłka do bramki, wpadną tysiące kibiców. Lecz to nie jest koniec absurdu.- Polskie państwo zdaje się nie wiedzieć, jak egzekwować te przepisy - mówi anonimowo, bo "lepiej się nie wychylać", przedstawiciel branży. - Dodatkowo, mimo upływu lat, nasze prawo nie dostosowało się w tym względzie do przepisów unijnych.W roku 2003 Europejski Trybunał Sprawiedliwości orzekł, co następuje: prawodawstwo krajowe, które zabrania pod groźbą kary gromadzenia, przyjmowania, rezerwacji i przekazywania zakładów, w szczególności zakładów bukmacherskich (związanych z zawodami sportowymi) - jeśli dzieje się to bez licencji albo specjalnego upoważnienia ze strony państwa członkowskiego - w istocie ogranicza swobodę prowadzenia działalności gospodarczej.Pytamy o tę sprzeczność resort finansów.

Ten odpowiada, że "ograniczenie swobody zakładania przedsiębiorstw oraz świadczenia usług może być usprawiedliwione, jeśli dokonywane jest w interesie ogólnym, jest proporcjonalne do zamierzonego celu, nie wychodzi poza to, co jest niezbędne do jego osiągnięcia i stosowane bez dyskryminacji". Konkluzja - obowiązujące prawo nie przeczy regułom unijnym.Należy się domyślać, że wygrała chęć odwiedzenia społeczeństwa od zgubnego hazardu.

Tylko dlaczego samo państwo rezerwuje sobie nań monopol, zbijając przy okazji kokosy? W końcu państwowy Totalizator Sportowy ani myśli mieć konkurentów; co więcej - jeszcze się reklamuje i jako jedyny nie musi się starać o zezwolenia. Dziwnie rozumiane dobro ogółu.Tylko więc należy czekać na pierwsze wyroki. Ciekawe, czy - tak jak we Włoszech, gdzie po wygranych przez narodową reprezentację mistrzostwach świata zastosowano amnestię wobec części skorumpowanych piłkarzy, trenerów i działaczy - dobry występ Polaków będzie okolicznością łagodzącą.