"Szefie, pan prezydent kiedyś doprowadzi do tragedii, zginie wielu niewinnych ludzi" - te słowa o Lechu Kaczyńskim miał skierować do szefa BOR jego podwładny Jarosław Florczak. Oficer, który był odpowiedzialny za ochronę prezydenta, miał odnieść się w ten sposób do braku organizacji w Kancelarii Prezydenta - podaje "Newsweek". Florczak zginął razem z Kaczyńskim pod Smoleńskiem.
Dziennikarze "Newsweeka" uzyskali dostęp do 70 tomów akt śledztwa smoleńskiego. Znajdują się w nich zeznania szefa BOR Mariana Janickiego, z których ma wynikać, że oficerowie Biura odpowiedzialni za ochronę prezydenta Kaczyńskiego byli bardzo niezadowoleni ze współpracy z kancelarią.

"Jak zwykle burdel, nikt nic nie wie"

- Około trzech miesięcy przed katastrofą płk Jarosław Florczak po kolejnym przylocie z prezydentem bardzo zdenerwowany oznajmił mi, cytuję: "Szefie, pan prezydent kiedyś doprowadzi do tragedii, zginie wielu niewinnych ludzi" - miał zeznawać Janicki. - Zapytałem go, odpowiedział mi: "Szefie, jak zwykle burdel, nikt nic nie wie, programy swoje, a realizacja swoje. Jeżeli pan może, to niech mnie pan więcej nie wysyła. Może jestem za stary, może się do tego nie nadaję".

Florczak miał też opowiadać szefowi BOR, że podczas jego 8-letniej współpracy z kancelarią Aleksandra Kwaśniewskiego nie było żadnych problemów. "Każdy wiedział, co ma robić, nikt nikomu nie wchodził w kompetencje. To, jak wygląda nasza współpraca z obecną kancelarią, to jest jedna wielka katastrofa. Prowizorka i jeszcze raz prowizorka, a nuż się uda, jakoś to będzie" - miał opowiadać Florczak.

- Jak się dowiedział, że będzie przygotowywał kolejną wizytę prezydenta, stwierdził: "Cholera, znowu ja" - zeznał według "Newsweeka" Janicki.